Jak Guardiola niósł kaganek oświaty w Bayernie i nakręcał obsesję Lewego
Dominik Piechota

Jak Guardiola niósł kaganek oświaty w Bayernie i nakręcał obsesję Lewego


#bayernmonachium
#bundesliga

#lewandowski

Pep Guardiola nie wygrał z Bayernem Ligi Mistrzów, ale unowocześnił myślenie w stolicy Bawarii. Zaszczepił obsesję doskonałości u wielu zawodników i pozwolił im wejść na wyższy poziom. Sięgamy do kulisów jego pracy, na której niesamowicie zyskał również Robert Lewandowski. Jeden z ulubieńców Katalończyka.
Kapitan reprezentacji Polski współpracę z topowym szkoleniowcem znał już z lat spędzonych z Jürgenem Kloppem. Wydawało się, że spotkanie z Pepem Guardiolą będzie dla niego olśnieniem, ale po czasie trzeba przyznać, że bardziej zaskoczony był sam Katalończyk. To on wpadł w zachwyt nad możliwościami Lewandowskiego, który zaskakiwał go na każdym kroku. Tak jak wtedy, gdy potrzebował dziewięciu minut, by doprowadzić Pepa do jednego z najbardziej memicznych stanów. Otwarte usta, ręce na głowie, rozszerzone oczy, niedowierzenie na twarzy tuż po tym, jak Polak strzelił pięć goli w dziewięć minut. Ostatecznie obaj mocno zyskali na tej współpracy. Guardiola bardziej musiał przykręcać śrubę kolegom Lewandowskiego, napastnik za to często wyciągał rękę po jego rady.

Trener z Santpedor przejął drużynę od Juppa Heynckesa po zdobyciu trypletu. Miał czas, aby przygotować się do tego zadania, nie tylko w kwestii języka niemieckiego, więc zmiany rozpoczął już od pierwszego dnia w Monachium. Uwierało go, że przez dekady Bayern był znany jako klub, z którego wszystko wypływało do prasy. Przecieki były na porządku dziennym. Pracownicy klubu chętnie odbierali telefony od dziennikarzy, ci o taktyce wypowiadali się, jakby co najmniej informacje wysyłał im sztab szkoleniowy.

Pierwszą decyzją było zamknięcie boisk treningowych i odcięcie mediów od informacji. Pep Guardiola zarządził zainstalowanie wielkiej, szarej kurtyny na boiskach numer 1 i 2, by zasłonić treningi. Fotoreporterzy potrafili nawet z daleka szpiegować zajęcia. Pracownicy biur przy Säbener Straße też zostali odcięci od informacji. Czasem godziny treningów były planowane tak, by większości z 400 pracowników klubu nie było już na miejscu. Bayern miał być otwarty na świat, ale przestać dzielić się na prawo i lewo swoimi sekretami. „Tam wszystko było publiczne” – miał wspominać Guardiola.

Katalończyk był zdumiony, że przychodząc do Bayernu, w klubie nie było zatrudnionego specjalisty od żywienia. Nie mógł uwierzyć, że brakowało dietetyka, więc natychmiast ściągnął swojego. Kiedy rozgrywali drugi wspólny sparing na jednej z niemieckich wiosek, Guardiola wszedł do obskurnej szatni i zobaczył na stole dwa pudełka czekolady. „Ale co to jest?” – pokazywał zszokowany. Niemcy tłumaczyli mu, że to tradycja i czekolada zawsze była w szatni. Musiał tego zakazać. Jeszcze przez kilka miesięcy pytał lokalnych zawodników, dlaczego do wszystkiego muszą dodawać sosu. Oni nie potrafili zrozumieć, dlaczego jego asystenci zwykły obiad przegryzają chlebem.

Jako fanatyk kontrolowania wszystkich aspektów wprowadził zasadę stawiania się po meczach w restauracji dla zawodników na Allianz Arena. Prowadziła tam nawet specjalna winda przeznaczona tylko dla pracowników klubu. Mieli wjechać na górę, zjeść tam razem z rodzinami, spędzić wspólnie czas. Przyszedł czas pierwszego meczu w Monachium. Po nim gracze pojawili się w lokalu, ale po chwili każdy rozjechał się w swoją stronę na kolacje w centrum Monachium. Wtedy Guardiola mocno się zezłościł. Z menu przygotowanego przez dietetyka skorzystały cztery osoby. Następnego dnia w niedzielny poranek zebrał wszystkich i zaostrzył zasady. „Ostatni raz widzę coś takiego. Od teraz macie obowiązek zjeść tam po meczu”. Dołączył do tego wykład z argumentami na temat żywienia oraz uzupełniania braków po meczach. Zawodnicy nasłuchali się o glikogenie mięśniowym. Players lunch stało się tradycją. Mogli tam stawiać się z partnerkami, dziećmi, bliskimi, lecz musieli jeść wg wytycznych klubowego specjalisty. Z tym Lewandowski nigdy nie miał problemu: pilnował się od dawna, z Anią byli wtajemniczeni, próbowali różnych diet, mocno zwracali uwagę na zdrowe odżywianie. Jak w pozostałych aspektach – problem sprowadzał się do zdyscyplinowania innych zawodników.

Fot. Simon Stacpoole/Offside/Getty Images
Od razu zaczął wymagać. Klub musiał funkcjonować według jego konceptu. Kompleksowe prace w ośrodku treningowym ruszyły pierwszego dnia. Drzwi dla dziennikarzy zostały zamknięte. Guardiola był również zdumiony stanem siłowni w Bayernie. Oceniał, że to poziom trzeciej albo czwartej ligi hiszpańskiej. Sporządził długą listę zmian i zarządził remont. „Jak mamy go zrobić, skoro trwa okres przygotowawczy i musicie z niej korzystać?” – słyszał od przełożonych. Skończyło się na błyskawicznym dołożeniu kilku nowych sprzętów, bez których nie wyobrażał sobie tych pomieszczeń. Dziwił się, że u mistrza Niemiec zastał takie rzeczy. Oczywiście klub był doskonale zorganizowany, nad wieloma strukturami Pep cmokał, ale zdarzały się takie aspekty, które wyraźnie go rozczarowały.

Obowiązkiem stał się przyjazd na Säbener Straße półtorej godziny przed rozpoczęciem treningu, aby zjeść razem śniadanie. Menu było spersonalizowane, tak jak treningi na siłowni. Pół godziny przed grupową rozgrzewką na murawie wszyscy wchodzili do pomieszczenia z ciężarami, by realizować indywidualne programy. Plany były rozpisane, modele pracy dostosowane do organizmu. Jedni ćwiczyli siłę w górnych partiach, inni wzmacniali dolne. Taki Arjen Robben od samego początku miał skupić się na odwodzicielach, czego pilnowali trenerzy od przygotowania fizycznego.

Po czasie były trener Barcelony żałował przede wszystkim jednej decyzji. Że nie uporządkował już pierwszego dnia tematu sztabu medycznego. Chodziło o światowej sławy doktora Hansa-Wilhelma Müllera-Wohlfahrta. Aby uściślić fakty: Guardiola nigdy nie kwestionował jego umiejętności, klasy, fachowości, bo jako człowiek bez wiedzy medycznej, byłby głupcem, podważając jego kompetencje. Problem stanowiły dla niego warunki współpracy oraz przyzwyczajenia doświadczonego profesora. Weźmy przykład. Mecz Ligi Mistrzów Bayernu z Manchesterem City w 2013 roku. Dzień wcześniej Mario Götze zgłasza doktorowi problemy z nogą, narzeka na lekkie dolegliwości. Usłyszy wtedy, aby dzień przed meczem nie trenował, odpuścił sobie, a jutro wszystko będzie dobrze i normalnie zagra. Przyjechał na Allianz Arena i przekazał ten komunikat trenerowi od przygotowania fizycznego. „Nie, ja nie wychodzę, bo mam sobie odpuścić. Ale jutro jestem do gry, spokojnie”. Asystent poszedł z tymi wiadomościami do Pepa, który autentycznie się wściekł. „Jak nie trenuje, to nie gra, nie ma takiej opcji”. To stanowiło jego wymóg. Götze był zmieszany – co w takim razie robić?

Został skierowany ponownie do kliniki Wohlfahrta na badania, więc ruszył tam ze stadionu. Kawał miasta do przejechania, ale doktor zawsze przyjmował prywatnie w swojej placówce. Minęło kilka godzin, zrobił mu ultradźwięki, Mario zapłacił za wizytę, ale już dawno było po treningu. Zanim dojechał do hotelu, koledzy byli też po kolacji. Musiał zjeść samemu i nie był brany pod uwagę w jedenastce. Takie zdarzenia irytowały Guardiolę. Funkcjonowanie specjalistów medycznych poza drużyną. Stworzenie departamentu zewnętrznego. Współpraca była słaba, lekarze robili wiele rzeczy po swojemu, nie zawsze byli na bieżąco z planami sztabu. Nie znali realiów, ale wszystkich dziwiło podejście Pepa. Przecież doktor Müller-Wohlfahrt pracował tam już w czasach, gdy po boisku biegali Uli Hoeness oraz Karl-Heinz Rummenigge. Żale dotyczyły tylko sposobu współpracy, a nie jego umiejętności. Wreszcie Guardiola doprowadził do jego pożegnania, lecz gdy odszedł z klubu, ponownie władzę objął legendarny lekarz.

Między nimi nie było wielkich starć. Małe konflikty sprawiały, że problem narastał. Po latach Guardiola przyznawał się do pomyłki i żałował, że nie postąpił jak swego czasu Helenio Herrera. W Interze w pierwszych dniach poznał legendarnego klubowego lekarza. Człowiek-ideał, wybitny specjalista, cieszący się popularnością, przystojny, ceniony w branży. Przesympatyczny, ludzie do niego garnęli. Pracował z drużyną od lat, lecz w trakcie pretemporady go zabrakło. Pojechał na wakacje, bo potrzebował odpoczynku. Kiedy wrócił, również przyjmował w prywatnej klinice w Mediolanie. Taki miał zwyczaj. Herrera zadzwonił do niego i z charakterystyczną sympatią rzucił: „Doktorze, wiele się nasłuchałem, pan jest naprawdę cudownym człowiekiem. Szczerze? Ruszyłbym z doktorem na te wakacje, z pewnością zapraszam na kawę w przyszłości, może się polubimy, ale nie będziemy razem pracować. Potrzebuję ludzi, którzy będą umierać za tę drużynę, a nie robić coś na własnych zasadach. Nie będę umierał w Interze z lekarzem, który przyjmuje piłkarzy poza klubem”. I zwolnił go. Guardiola to trener, który jest gotów umierać za swoje koncepty, dlatego żałował, że nie zareagował wcześniej.

Fot. Marc Atkins / Getty Images
Pep próbował w Bayernie różnych metod. Kiedy zawodnicy wrócili z wakacji w 2015 roku, szatnia została przemalowana. Nad nią zawisł napis: mistrzowie Niemiec 2013, 2014, 2015 i 2016. Nikt nigdy nie wygrał Bundesligi cztery razy z rzędu, więc Guardiola chciał to osiągnąć za wszelką cenę. Pierwszy tytuł wygrał Heynckes, on miał dokończyć dzieło. Postawił zespół przed faktem dokonanym, kazał wymalować mistrzostwo do przodu, nie mieli innego wyjścia. Wywierał mnóstwo presji, szukał motywów, aby zachęcić ich do wygrywania. Bawarczycy byli podwójnie podpięci pod prąd. Sama nazwa Bayern zobowiązuje. Połowa Niemiec cię kocha, połowa nienawidzi, każda porażka staje się przedmiotem narodowej debaty. Jak napisał Raphael Honigstein w The Athletic: Bayern jest zawsze o jeden mecz od totalnego kryzysu. A do tego wszystkiego dochodziła presja wywierana przez Guardiolę. Swoją obsesją doskonałości zarażał Lewandowskiego. Choć może zdrowiej byłoby powiedzieć, że w pewnym momencie uzupełniali się nią.

Na wszystkich słupach z jupiterami w ośrodku treningowym kazał zainstalować po kilka kamer. Dziwił się, że Jupp Heynckes nie przykładał do tego wagi ani nie korzystał z nich zbyt chętnie. Katalończyk musiał mieć wszystko pod kontrolą. Jeśli wybrać jeden aspekt, w którym jest najlepszy jako trener, wielu wskazałoby podejście do treningów. Najlepiej czuje się na boisku treningowym. To była jego świątynia. Ale i tak zluzował w porównaniu do czasów Barcelony, bo w Monachium zdarzyło mu się zaprosić rodziny zawodników na zajęcia. Bliscy siadali na sofach zamontowanych przy jednym z boisk i cieszyli się kawą oraz pogaduchami.

Wielokrotnie spotykaliśmy się z porównaniami Pepa Guardioli do Johana Cruyffa. I choć widzą piłkę niemal bliźniaczo, trener z Santpedor nigdy nie godził się z tym zestawieniem. Widział ich odmienność. Holendra uznawał za geniusza, który nie lubił trenować. Leń, ale wybitny. Bazował na swojej intuicji. Miał przeczucie, rozumiał wiele mechanizmów, trafiał z automatu. Pep widział w sobie lekarza – musi zbadać, musi przeanalizować, a potem naprawić. Jest pracoholikiem i piewcą ciężkiej pracy. Powtarzał Lewandowskiemu jedno ze swoich ulubionych zdań: to, czego się nie trenuje, staje się zapomniane. Miał obsesję na punkcie codziennej pracy. Wracał do domu z wyrzutami sumieniami, gdy widział podejście na pół gwizdka. Nienawidził zgrupowań reprezentacyjnych, ale w trakcie tych dwóch tygodni nie robił sobie urlopu ani nie dawał luzu. Na to na przykład pozwalał sobie Heynckes. Jedni jeżdżą na kadrę, inni czyszczą głowy i odpoczywają. W erze Pepa w Bayernie panował żart, że gdy zaczynają się mecze reprezentacji, w klubie zostają tylko rezerwowy bramkarz, Rafinha i dwóch kontuzjowanych. Co robił Guardiola? Dawał wycisk rezerwowemu bramkarzowi, Rafinhii oraz juniorom. Nauczał ich, poświęcał im mnóstwo uwagi, wtedy pracowali ciężej niż zwykle. Był detalistą. Zatrzymywał zajęcia, by poprawiać szczegóły, aby zbliżać się do ideału. Lubił wzdychać do swoich asystentów: „Widzieliście? Jakby wtedy się lepiej ustawił, jakby lepiej opanował tę piłkę, mielibyśmy trening perfekcyjny”. Znowu – obsesja.

Cenił sobie pracę ze swoim sztabem. Z Domènecem Torrentem oraz Carlesem Planchartem – których mogłem poznać osobiście i porozmawiać przez kilka godzin – dzielą go bliskie, przyjacielskie, intymne relacje. Pochodzą z tych samych stron i przez lata działali razem w tym zawrotnym tempie. Guardiola liczył się ze zdaniem współpracowników, chciał ich słuchać, uwielbiał rozmowy po zakończonych treningach. Siadał na piłce, oni go otaczali, potrafili na świeżym powietrzu dyskutować jeszcze pół godziny, czasem nawet godzinę. I to wszystko na temat obserwacji swoich zawodników. Przed samymi meczami Pep stawał się anty-Cruyffem, czyli nie zostawiał niczego przypadkowi. Jeśli grali w Lidze Mistrzów we wtorek, zdarzało mu się zaprosić znajomych na kolację w środę. W telewizji leciał wieczorny mecz Champions League, Pep zerkał na niego, ale równocześnie oglądał wycinki wysłane przez Plancharta po spotkaniu Manchesteru City z Atalantą dzień wcześniej. Skoro mail właśnie przyszedł, szkoda nie zajrzeć.

W Monachium Guardiola też się zmieniał, uczył się docierania do piłkarzy w inny sposób. Wiedział, że przez różnice językowe i kulturowe nie mógł powielać tego samego co w Barcelonie. Kiedyś Lorenzo Buenaventura, trener od przygotowania fizycznego, przyszedł do niego, że piłkarze, zwłaszcza niemieccy, chcieliby więcej pracy fizycznej. I należy im ją dać, aby byli szczęśliwi, bo drastycznie doszło do zmiany przyzwyczajeń. Guardiola musiał przesuwać suwaki. Tego dnia podczas obozu powiedział Bonaventurze: w porządku, zmieniamy plan, weź ich w góry. W City nauczył się, aby trenować mniej, bo tego wymaga specyfika oraz intensywność angielskiej piłki.

Photo by Michael Regan/Getty Images
Pojawia się ważne pytanie: jak kończą piłkarze po wieloletniej współpracy z Pepem? W Barcelonie byli wycieńczeni psychicznie. To nie mogło dalej trwać, bo już ledwo wytrzymywali jego inwigilację oraz reżim. Wymagał zbyt wiele. Chciał wyciągnąć z tego wnioski. Ponoć Ci w Bayernie rozstawali się z nim w niezłej kondycji mentalnej. A w Manchesterze jego sztab uważa, że zawodnicy są świeżutcy psychicznie. Nadal głodni wyzwań. Guardiola zdał sobie sprawę, że ludzki mózg to nie żaden komputer. Ich software może się zaciąć, może nie wytrzymać. Z upływem lat zaczął modyfikować treningi oraz zmniejszać liczbę danych. Więcej uwagi poświęcił głowie, mniej taktyce. Zaczął dbać chociażby o to, by uczyć zawodników w Manchesterze, jak się relaksować.

Katalończyk nie lubi komplikować swojej filozofii. Uważa swój model gry za dość prosty. Na papierze banalny: jego drużyna ma posiadać piłkę, ma atakować, a kiedy ją straci, błyskawicznie odzyskać. Zaangażowanie w atak dotyczy wszystkich łącznie z bramkarzem. Jego pretemporady są bardziej taktyczne niż fizyczne. Wtedy jest najwięcej czasu na dopracowanie szczegółów: po każdym sezonie wskazuje, jakie elementy zamierza dodać do gry zespołu, jakie wyzwania taktyczne stawia na kolejne rozgrywki. Wtedy jest czas na pracę, a nie w trakcie sezonu, gdy gra się dwa mecze w tygodniu. W środę Liga Mistrzów, w czwartek rozluźnienie, w piątek stałe fragmenty gry i dwie koncepcje ataku, a w sobotę kolejny mecz.

W Manchesterze City od razu złapali jego pomysły. Wiedzieli, czego się spodziewać. W Bayernie zajęło mu to więcej czasu. Sam musiał zmienić podejście, bo w Barcelonie wszystko kręciło się wokół osi środkowej drużyny: Pique i Puyola w obronie, Busquetsa, Xaviego oraz Iniesty w pomocy, Messiego w ataku. W Bayernie dostał potężną moc na skrzydłach w postaci Robbena oraz Ribery’ego, lecz zdziesiątkowany środek pola z kontuzjowanymi Javim Martinezem, Thiago i Schweinsteigerem. Siła była w bocznych sektorach ze wspaniałymi Lahmem oraz Alabą. W ataku miał Thomasa Müllera i Mario Mandžukicia. Uczył się nowego konceptu zespołu. Próbował zrekonstruować środek, więc wystawiał tam często Lahma. W Bayernie chcieli atakować skrzydłami, w Barcelonie dogrywali tam piłkę tylko po to, by w luźniejszych warunkach za moment wróciła do środka.

Pierwsze tygodnie w Bawarii pokazały mu również, jak mocno komentarze prasy wpływają na zawodników. Wtedy niemieccy dziennikarze rozpisywali się, że Bayern będzie grał tiki-takę. Wróćmy do jednego z pierwszych jego meczów naznaczonych pod hasłem „litery U”. Zdaje się, że z Wolfsburgiem. Bawarczycy dominowali, grali sobie od jednej do drugiej strony, piłka krążyła, ale niewiele z tego wynikało. Podania, podania i nic. Piłka krążyła jak po literze U – od Ribery’ego, przez Lahma i Schweinsteigera, aż do Robbena i w drugą. A napastnicy czekali na zagrania. W przerwie Guardiola powiedział do uśmiechniętych graczy, że dawno nie widział takiej katastrofy. Że to jest połowa jak najszybciej do zapomnienia. Wtrącił się Bastian Schweinsteiger: trenerze, ale my gramy tiki-takę. Pep zwariował. Nienawidzi tego zwrotu, nienawidzi tej etykietki, walczy o zerwanie łatki. Nigdy nie interesowało go samo trzymanie piłki dla trzymania jej. Chciał konkretów, sytuacji bramkowych, groźnych okazji, a nie podawania w kółko. Wtedy, w szatni, w 5-6 minut musiał zniszczyć wyobrażenie tiki-taki u kilku profesjonalistów.

Jego Bayern był elastyczny. Tego nauczył swoich piłkarzy. W trzecim sezonie wygrał 5:1 z Borussią Thomasa Tuchela, a wszystkie pięć bramek mistrzowie kraju zdobyli po długich zagraniach ze środka obrony do ataku. Ośmieszyli BVB – jak powiedziałoby wielu – lagowaniem. A oni wtedy ćwiczyli na zajęciach podania na 40-60 metrów od Boatenga do Lewandowskiego. Założyli, że dortmundczycy przygotują się na coś innego, więc będzie można ich zaskoczyć. Xabi Alonso w ciemno mógł grać croosem do Müllera zgrywającego piłkę do Polaka. Jedno z największych zwycięstw Guardioli było antytezą jego stylu. Kluczem było osobne przygotowanie do następnego meczu. Zdarzało się, że Neuer ćwiczył wznawianie do Lewandowskiego.

Fot. Kevork Djansezian/Getty Images
Jeszcze inny obrazek. Champions League, Liga Mistrzów z Juventusem, gdy Bawarczycy awansowali po dogrywce, wygranej 4:2 i wielkich cierpieniach. W Turynie zremisowali 2:2 po dominacji, lecz dwóch prostych błędach. Na Allianz Arena Guardiola szykował się na la italianę – założył, że Juventus wyjdzie, by poczekać na rywala, oddać mu przestrzeń i nastawić się na dobicie go w ostatnie pół godziny. Spodziewał się typowej włoskiej roboty, a wyszli totalnie inaczej niż Pep założył dwie noce wcześniej z Manuelem Estiarte, słynnym waterpolistą, jednym z najlepszych w historii, którego Guardiola zaprosił do swojego sztabu. Pogba oraz Morata mieli pełną swobodę, rzucili się do ataku, do przerwy wygrywali 2:0. Katalończyk musiał wszystko zmieniać w przerwie. Próbować odwrócić sytuację. Lewandowski zdobył bramkę kontaktową, ale gra pozostawiała wiele do życzenia. Trener rzucił całą artylerię na ostatnie 20 minut – wtedy Bayern atakował jak szalony w systemie 2-3-5. Müller strzelił w końcówce, w dogrywce załatwili ich dwoma trafieniami, w krótkim czasie zamienili się w niemiecki walec. Nie zawsze plany się sprawdzały, ale swój kunszt pokazywał też umiejętnością reakcji na sytuację. Zmianą planu, koncepcji, pozycji poszczególnych zawodników.

Zdarzało mu się jak w przerwie meczu z Inglostadt zmienić pozycję ośmiu zawodnikom. W pierwszej połowie jego zawodnicy byli bezradni, więc chciał namieszać rywalom w głowach. Zmiana planu była jednak tak dynamiczna, że nie wszyscy się w niej połapali. Dopiero przy rzucie rożnym Philipp Lahm, przesunięty na pozycję prawego skrzydłowego, pobiegł do linii po kartkę, przybiegło ośmiu graczy i w pełni zrozumieli z rysunku, jak powinni być ustawieni. Po 20 minutach Lewandowski dał Bawarczykom prowadzenie po asyście Boatenga.

Sztab Katalończyków mocno pracował też nad stałymi fragmentami gry. Szczególnie byli dumni z planu wynalezionego na Benfikę w Champions League. Zauważyli pewnego razu w Sankt Petersburgu, że Portugalczycy bronią jedenastką we własnym polu karnym, ale po dośrodkowaniu uciekają z wyznaczonej strefy i zostawiają sporo przestrzeni. Ćwiczyli nad tym. Rywal był ustawiony w trzech rzędach, ośmiu piłkarzy w polu bramkowym, a z Bayernu w szesnastce jedynie Ribery. Reszta czekała przed linią na wbiegnięcie. Ich celem było osiągnięcie przewagi na dalszym słupku, by zgrać piłkę na ten bliższy. Wykorzystali to dokładnie tak, jak podczas treningu. Xabi Alonso dogrywał piłkę idealnie, Javi Martinez strącił ją, a Müller golem przyczynił się do wejścia do półfinałów. Jeden do jednego jak na treningu. Moc researchu. Później do sieci wyciekły filmy, niemal bliźniacze, z meczu oraz ćwiczeń przed nim.

Szereg sytuacji pokazuje, z jak wielu szczegółów składała się jego praca. O jak wiele aspektów musiał zadbać. Gdyby miał wypowiadać się o największym rozwoju Lewandowskiego, pewnie zaznaczyłby, że namawiał go do ćwiczenia rzutów wolnych. Specjalnie nie trzeba było, ale to częściowo ich wspólna praca. Praktyka, aż Polak stanie się maestro w tym aspekcie. Pep w swoim stylu siedział na piłce i przyglądał się jak Lewandowski uderza seryjnie futbolówkę. Aż świat oszalał, gdy zaczęło mu wchodzić w meczach.

Guardiola wsłuchiwał się w głosy swoich zawodników. Reagował, gdy Lewandowski oraz Müller prosili o więcej strzałów głową i trenowanie tego aspektu. Wrzutki oraz wykończenie. W pewnym momencie czuli, że trzeba to poprawić. Z Polakiem Pep także eksperymentował – zdarzało się, że od początku meczu kazał mu się trzymać lewej strony i schodzić z piłką do środka niczym skrzydłowy.

Zostawił piłkarzy w Monachium bez spełnionego głównego marzenia, ale jako lepszych graczy i większych profesjonalistów. Sam ciągle się ich uczy. Nawet w tych z pozoru prostych relacjach międzyludzkich – wie, że ekspresyjnie może wycałować Kimmicha czy Sterlinga, ale już Otamendi mógłby się odmachnąć, bo kiedyś nie przypadło mu to do gustu. Woli, aby go nie dotykać. Z tym trzeba być ostrożnym, bo przecież Guardiola lubi zaglądać w każdy aspekt życia swoich zawodników. Łącznie z łóżkowym, bo przecież publicznie opowiadał, jak seks jest ważny w ich życiu. „Czym więcej go mają, tym lepiej grają. Jak najlepsi Messi czy Lewandowski”.

Nie raz w stolicy Bawarii zdarzyło się mieć dość perfekcjonizmu Guardioli, ale jednak zostawił tam wiele nowoczesności. Sukces to zawsze wypadkowa tysiąca czynników, klasa trenera jest niepodważalna. Dlatego tym bardziej może cieszyć, jak Katalończyk zachwycał się Lewandowskim w czasach wspólnej pracy: „Nie miałem nigdy większego profesjonalisty. Uważa na wszystko, jak się odżywia, jak śpi, jak trenuje. Jest zaangażowany 24 godziny na dobę, nie doznaje urazów, bo koncentruje się na swojej karierze. Zawsze wie, co zrobić, aby być w optymalnej formie”. Z jego ust to największy wyraz podziwu.
#pilkanozna